„Szymon” – czyż nie pięknie?

W jeden dzień – ścigałam się z okropną depresją, powierzając wszystko co się dzieje Bogu, a na następny dzień otrzymałam telefon z PCPR – że jest ktoś, kto może nas potrzebować.

To był Wtorek popołudniu, odwoziliśmy mojego brata z bratową do Krakowa na lotnisko, miałam niezbyt dobry nastrój, spowodowany pięknem macierzyństwa jakie było na zdjęciu- a faktem że owe szczęście jest dla mnie nie osiągalne.  W drodze powrotnej marudziłam D, że nie zadzwonią, że może się nie nadajemy, że może tak naprawdę nie dostaniemy dzieci. Podarowaliśmy mamie wtedy wcześniejszy prezent na Dzień Mamy- rower, poczłapaliśmy do piwnicy żeby skręcić parę części i nie będę ukrywać że tam też marudziłam. Czasami myślę że mój mąż tak naprawdę mnie nie słucha, ale to nie ważne … Bo właśnie wtedy, w domu mojej Babci, w piwnicy pod sklepem mojej Mamy zadzwonił TEN TELEFON! -jak zerknęłam na godzinę, stwierdziłam że to na pewno oni, w słuchawce usłyszałam to czego naprawdę potrzebowałam – Mamy dla państwa dziecko …

I tak właśnie się to zaczęło, na drugi dzień przybyliśmy pełni nadziei do PCPR, gdzie dowiedzieliśmy się jak wygląda sytuacja dziecka, że dziecko to SZYMON – który ma 9 lat, mieszka w rodzinie zastępczej która złożyła wniosek o jej rozwiązanie. W mojej głowie pojawił się mój brat Walduś, który jest o rok starszy od Szymka, nie zastanawialiśmy się długo, w sumie w ogóle, decyzja została podjęta. Szymek zamieszka z nami a my zapewnimy mu najlepszą opiekę.

Wszystko nagle się zmieniło, pokój na górze – już nie jest pokojem jakiegoś dziecka, to pokój Szymona. Nie mogę pójść na macierzyńskie, więc muszę zrezygnować z pracy – a po wakacjach zacząć poszukiwania nowej.

W tym tygodniu składamy oświadczenie o chęci przyjęcia go pod opiekę, dostaniemy namiary do osoby która się nim zajmuje i najprawdopodobniej go poznamy, tak bardzo się boję, nie mam pojęcia jak mam mu się przedstawić czy jego zastępczą mamą, czy jego ciocią, nie wiem – na szczęście, mam na oku ludzi z którymi mogę o tym porozmawiać,  i nie mam oporów żeby skorzystać z każdej przysługującej nam pomocy, chce żeby wszystko ułożyło się dobrze, chce w wakacje jeździć na basen i do licznych nowych ciotek Szymka.

Właśnie teraz zmienia się moje życie, na to którego bardzo pragnę, właśnie teraz potrzebuje waszej modlitwy i pozytywnej energii, żeby wszystko to co nas czeka było pozytywne a każda przeciwność losu została przez nas pokonana.

Odezwę się jak skończymy już pokój Szymka

aaaaaaa

Jedno wspaniałe zdjęcie i moja mała tragedia

Wydaje mi się że, mimo ogólnego szczęścia – pogodzenia się że w tej pracy to już nie długo, miłości do męża, ciszy i spokoju, nastawieniu na oczekiwanie, jednak coś jest nie tak.

Wczoraj z równowagi wyprowadziło mnie zdjęcie – piękne zdjęcie, wspaniałe zdjęcie, tak piękne że szczęście które z niego płynęło było wręcz namacalne,  nie wiem co się stało, do tej pory zbieram kawałki swojego serca z podłogi i staram się to jakość poskładać. Z oczu popłynęły mi łzy i zaczęłam płakać, ale ten płacz był inny, to był płacz który nie rozmywał bólu – to był płacz który pogłębiał ten ból, jak strumień wody który z czasem zmienia wygląd skały, tak moje łzy wczoraj wpadały wprost w moje serce i je niszczyły, niszczyły zbudowany spokojny świat, tą jak się okazało kruchą skorupę w której się schowałam, byłam przekonana że u mnie jest ok, a to wczorajsze coś, pokazało tylko jak bardzo się myliłam, jak bardzo okłamywałam siebie przed sobą sama.

Teraz mogę powiedzieć tylko jedno- chyba potrzebuje pomocy, chyba sobie nie radzę ze swoimi uczuciami i chyba mnie to przerasta.

Ale z drugiej strony, może to tylko chwilowa słabość, która wyrwała się na wierzch nieproszona ? Może powinnam o tym zapomnieć ? Przecież już nie raz odbudowywałam to samo serce – jest silne i tak naprawdę nie da się go łatwo zniszczyć ! Przecież mam cel! I co z tego że nigdy nie będę miała takich zdjęć, co z tego że nigdy nie kupię sobie pięknej sukienki ciążowej, co z tego że nie usłyszę bicia serca mojego dzieciątka, co z tego że nie poczuje jego kopnięcia ! Muszę się z tym pogodzić, muszę skończyć z tym leczeniem, muszę się na coś zdecydować! A wydaje mi się że podjęłam już decyzję! Chce być mamą tych dzieci które są w moim Sercu! Tylko dlaczego Ciągle na nie czekam? Gdzie one się podziewają? Mam nadzieję że gdy ja piszę ten tekst, one nie są bite, albo nie leżą brudne i spłakane na podłodze, albo Ktoś robi im coś gorszego, mam nadzieję że zabudowały swoje serce tak jak ja moje i są silne w nieszczęściu które teraz przeżywają! Tak, bo moje dzieci nie są teraz szczęśliwe, bo jeżeli były by teraz szczęśliwe nigdy nie były by moje, bo miały by swoją Mamę – która nosiła je w brzuszku a teraz ma je w serduszku i kocha i przytula i dba o nie. Moje dzieci, mają Mamę – która czasem o nich zapomina, czasem ich zbije, czasem ich nie nakarmi …

Wczoraj wpadła mi w ręce spot : https://www.youtube.com/watch?v=_YiLhsUgyqo

Szukamy Mamy! – SOS wioski dziecięce http://szukamymamy.pl/kogo-szukamy/

To chyba takie pocieszenie i przypomnienie – że one są i czekają tak samo jak ja.

Dzisiaj będę dzwonić, może dzisiaj świat zmieni się z szarego w różowy? Może dziś zmienię stare problemy na nowe problemy, może dziś, stanie się mój cud ? Codziennie o tym myślę i codziennie mam nadzieję i codziennie kładę się spać z myślę … może jutro ….Może jutro …

sad-659422_1920

 

Szukając szczęścia

Pisałam że postanowiliśmy zakończyć leczenie, już nawet nie pamiętam kiedy miałam je zakończyć – jednak … leczymy się dalej. Sama nie wiem czy to dobrze – czy źle… Jednak nadzieja ciągle gdzieś tam jest. Fakt.. że owulacja jest … że pęcherzyk pęka a do zapłodnienia nie dochodzi – rujnuje moją psychikę. Choć na dobrą sprawę – wiadomość „owulacja jest” – powinna sprawić że jest o co walczyć, że mamy cały czas otwarte drzwi, wiem że wiele dziewczyn, walczy właśnie o te słowa! Wiem, że po wizycie płaczą do poduszki, bo po raz kolejny – brak dominującego pęcherzyka i po raz kolejny .. już na przedbiegach muszą spisać dany cykl na straty. A ja … ja się martwię że ona jest .. że jest OK, na tym etapie a mimo wszystko … nie wychodzi…

Choć, moje życie ruszyło i jesteśmy po kursach. To z utęsknieniem i wielkim zmartwieniem – czekamy na „nasze” wypożyczone dzieci, na to co przyniesie nam jutro,. Wszystko co chce im dać, jest tak wielkie że sama nie wiem czy będę potrafiła, ich dobrze wychowywać. Czy nie zapomnę o tym, że dzieci się nie rozpieszcza tylko wychowuje, kocha się ich… i właśnie dzięki tej miłości się je wychowuje. Nie wiem czy nie zagnieździ się gdzieś w mojej głowie myśl „nie mogę jej tego kazać – bo mnie nie będzie lubić”, jestem za wychowaniem bliskością, ale bez przesady, jednak gdy pomyśle o naszych dzieciach… jestem za wychowaniem bezstresowym w 100%, bo już tyle stresu miały w życiu… A jest to tak sprzeczne z moim charakterem … cały czas myślałam że będę matką o której mówią, że „nie ma serca” … A jednak jakieś tam serce chyba mam, skoro zaczynam już tak mocno kochać swoje dzieci. Kurczę, jak można kochać, kogoś kogo się jeszcze nie poznało, na dobrą sprawę nie wiem nawet, czy już są na świecie. Gdy wychodzę powiesić pranie, i staję w częściowo ukończonych pokojach, moje serce zaczyna płakać. Tak bardzo, pragnę żeby to było już… żebym już mogła rozstrzygać kłótnie, żebym mogła całować zdarte kolana.

Jednak muszę czekać, czekać na to żeby mnie zdiagnozowali, – abym mogła powiedzieć zrobiłam wszystko na co byłam gotowa, kończę z lekarzami, piję zioła a kontakt z lekarzem ginekologiem zostawiam sobie na coroczną cytologie. Czekam też na dzieci, które przyniosą mi tyle zmartwień co radości.

Czasami płaczę, widząc rozwijające się szczęście u moich przyjaciół. Czasami myślę, że szczęście omija mnie jakbym była trędowata. A czasami tak po prostu o tym nie myślę. Bo wiem że gdzieś tam, Bóg zaplanował dla mnie coś niesamowitego. I muszę być gotowa, żeby podnieść się z mojego małego nieszczęścia, żeby czasami nie przegapić tego wielkiego Szczęścia przechodzącego obok mnie, obiecuje sobie i wam, że jak tylko dosięgnę choćby rąbek jej spódnicy to uczepie się tak mocno, że długo mnie nie opuści. A czy wy jesteście szczęśliwi ?

Ps. Będę miała synka! W brzuszku mojej przyjaciółki Gosi, rośnie mój chrześniak!

horse-shoe-110987_1920